Wycieczki 2003

WYPRAWA NA POJEZIERZE LUBUSKIE, MAJ 2003 ROKU

Dzień pierwszy

Trasę Warszawa – Bobowicko pokonaliśmy samochodami. Dalej poszły w ruch rowery, samochody zostały na miejscu. Z Bobowicka przez Międzyrzecz, Św. Wojciech (wzdłuż czarnego szlaku droga miejscami piaszczysta), Gorzycę, Zemsko, Chycinę (droga wyłożona kocimi łbami), Goruńsko, Bledzew (nie udało się nam zobaczyć zapory, bo zrobiło się już późno, i w dodatku zanosiło się na deszcz), Sokolą Dąbrowę i Osiecko dotarliśmy do Lubniewic, położonych między jeziorami Lubiąż i Krajnik, naszej dwudniowej bazy.

Lubniewice mają dobrego gospodarza. To bardzo czyste, zadbane miasteczko. Kwatera trafiła się świetna. Dom stoi w sadzie, opadającym aż do jeziora Lubiąż. Za domem znajduje się zadaszony grill, zachęcający do wieczornych pogaduszek przy gorących kiełbaskach i piwie. Kontakt: Lubniewice, Świerczewskiego 4, tel. (0-95) 755 76 73.

(Postanowiliśmy podawać adresy tych gospodarstw agroturystycznych, w których spaliśmy i z których byliśmy zadowoleni. Może oszczędzi to komuś trudu poszukiwań. A co to takiego, dobrze wiemy.)

 

Dzień drugi

Przed południem zwiedzanie Lubniewic na piechotę. Neorenesansowy zamek jest teraz w rękach prywatnych. Ponieważ właśnie trwa remont, stał się niedostępny dla turystów.

Po południu wyruszyliśmy na objazd jeziora Lubniewsko. Spotkaliśmy sympatyczną grupę rowerzystów z Sulęcina. Dzięki nim zobaczyliśmy miejsce, w którym stało niegdyś grodzisko. Wspólnie pozachwycaliśmy się przepięknymi wąwozami, by dotrzeć w końcu do wieży widokowej. Zostawiwszy za sobą jezioro i pożegnawszy się z nowymi znajomymi, przez Żubrów i Jarnatów (stary, zniszczony, opuszczony pałac i takiż ogród) wróciliśmy do Lubniewic.

 

Dzień trzeci

Z Lubniewic wypuściliśmy się do Łagowa, następnej naszej dwudniowej bazy. W Gliśnie obejrzeliśmy klasycystyczny pałac. Nie rozsypuje się, bo dbają o niego miejscowi rolnicy, zamieniwszy go na centrum szkolenia. Otacza go rozległy park-las. Na niewielkim wzniesieniu, widocznym z okien pałacu, wznosi się romantyczna ruina. W rodzaju tych modnych w XIX wieku. Między Glisnem a Trzemesznem Lubuskim biegnie droga wyłożona kocimi łbami. Zdecydowaliśmy się więc zmienić trasę. Pojechaliśmy przez Wędrzyn, Trzemeszno Lubuskie, Wielowieś (przyjemnie było pobuszować nad jeziorem Buszno) i Sieniawę. Po południu zwiedzaliśmy Łagów. Oczywiście, na piechotę. Zamek zamieniono na restaurację. Turystom pozostała tylko wieża zamkowa, z której widać malownicze jeziora. W pobliżu zamku stare grodzisko, dobre miejsce na spacer. Brzegi jeziora Ciecz porastają obłędne buki. Jest się czym zachwycać. Gdzie tam jednak Łagowowi do Lubniewic. Widać brak dobrego gospodarza. Kwaterę mieliśmy nadzwyczaj czystą, lecz z nisko zawieszonymi sufitami w dwóch pokojach. Kto cierpi na klaustrofobię, ma kłopoty z sercem, może mieć kłopoty. Kontakt: Łagów, ul. Słoneczna 4, tel. (0-68) 341 22 48.

 

Dzień czwarty

Z Łagowa przez Żelechów (niezłe pagórki), Bucze, Lubrzę udaliśmy się do Jordanowa i Gościkowa, zwanego niegdyś Paradyżem. W Lubrzy miejscowe wesołki poprzestawiali drogowskazy, ale nie pomyliliśmy kierunków. W Paradyżu zatrzymaliśmy się dłużej, by zwiedzić pocysterski zespół klasztorny.

Potem ruszyliśmy do Pniewa. Po 60 m jazdy szosą E-65 skręciliśmy w prawo i drogą między polami przez Kaławę Szumiącą dotarliśmy najpierw do Kaławy, potem do Pniewa. W Pniewie zwiedziliśmy Międzyrzecki Rejon Umocniony. Trzeba przyznać, robi wrażenie. Gdy na chwilę w podziemiach na prośbę przewodnika umilkliśmy, wyłączając jednocześnie latarki, wydawało się nam, że zapadliśmy w niebyt. Do Łagowa wróciliśmy przez Wysoką, Boryszyn i Sieniawę. Chcąc ominąć bruki między Boryszynem a Sieniawą, pojechaliśmy na Żarzyn, po czym w pewnym momencie skręciliśmy na Sieniawę, ale mimo obietnic tubulców fortel się nie udał. Musieliśmy przeprosić się z kocimi łbami.

 

Dzień piąty

Opuściliśmy Łagów na dobre i przez Sieniawę, Wielowieś (niezły leśny trakt), Pieski, i dalej szosą 137 dotarliśmy do niebieskiego szlaku, prowadzącego do Kurska. Zjechaliśmy z niego ostro w prawo na czarny szlak zmierzający do Gorzycy. Droga miejscami była piaszczysta. Po dotarciu na miejsce obejrzeliśmy kościółek szachulcowy. Potem szosą 137 dojechaliśmy do Międzyrzecza. Obejrzeliśmy ruiny gotyckiego zamku, wstąpiliśmy do Muzeum Regionalnego (bogata kolekcja portretów trumiennych). Pod koniec dnia dotarliśmy do Bobowicka, naszej trzeciej bazy. Kontakt: Bobowicko, ul. Akacjowa 13, tel. (0-95) 741 32 29.

 

Dzień szósty

Rozpoczęliśmy go od zwiedzenia w Bobowicku (swego czasu siedzieli w nim arianie polscy) barokowego pałacu. Potem przez Żółwin, Kuligowo, Kalsko (stary kościół szachulcowy) dotarliśmy do Rokitna, słynącego z obrazu Matki Boskiej Cierpliwie Wysłuchującej,(przepiękna twarz pędzla nieznanego mistrza). Obraz dwa razy koronowano. Raz zrobił to Jan Paweł II, raz Michał Korybut Wiśniowiecki. Za Wiśniowieckiego szlachta polska ozdobiła obraz białym orłem w koronie. O dziwo, orzeł przetrwał zabory. Stamtąd przez Lubikowo i Szarcz udaliśmy się do Pszczewa. Nie dojeżdżając do Stołunia, skręciliśmy w drogę obiegającą jezioro Białe. Musieliśmy nawet przeciąć podwórze pilnowane przez bardzo złego psa. Ale cały ten stres wynagrodziła nam droga pięknie wijąca się wśród pagórkowatych pól i łąk. Z Szarczy ruszyliśmy do Pszczewa. Tam zajrzeliśmy do prywatnego skansenu pszczelarskiego (stare ule i narzędzia do obróbki miodu). Wreszcie wróciliśmy do Bobowicka. (Podczas tej wyprawy na mapie znaleźliśmy sporo szlaków rowerowych, w terenie zaś żadnego.)

 

Dzień siódmy

Z Bobowicka wyruszyliśmy do Trzciela, naszego ostatniego miejsca pobytu. Po opuszczeniu Pszczewa (tym razem dokładnie zwiedziliśmy tę wieś, a niegdyś miasto; zwracając jeszcze uwagę na poźnorenesansowy kościół z XVII w. i Dom Szewca z XVIII w.) udaliśmy się niebieskim szlakiem wzdłuż wschodniej strony jeziora Chłop przez Borowy Młyn i Rybojady do naszej ostatniej kwatery. Gospodarze przywitali nas poczęstunkiem z ryb z pobliskich jezior. Prawdziwi wędkarze, którzy zapuściliby się w tamte okolice, dzięki naszemu gospodarzowi, rybakowi jeziornemu, nie musieliby na własną rękę odkrywać sekretów jezior otaczających to miasteczko. Grzybiarze zaś mieliby gdzie suszyć swój urobek. Gospodarz pomyślał o specjalnym piecu. Choć kwatera znajduje się w mieście, czuliśmy się jak na wsi. Siedząc w altanie, słyszeliśmy szmer płynącego pod nią strumienia. Nasz gospodarz to złota rączka i pomysłowa głowa. Nie zmarnował w swej posesji ani skrawka miejsca. Pod wieczór wybraliśmy się jeszcze na przejażdżkę wzdłuż wschodnich brzegów jezior Wielkiego i Konińskiego. Kontakt: Trzciel, ul. Poznańska 15 m 2, tel.(0-95) 743 13 94.

 

Dzień ósmy

Z Trzciela przez Lutol Mokry pojechaliśmy do Zbąszynia. Zachowany do dziś historyczny układ przestrzenny to najcenniejszy zabytek tego miasteczka. Są w nim również jeszcze inne rzeczy godne oglądania. Nam nie udało się zobaczyć Muzeum Ziemi Zbąszyńskiej. Po prostu było sobie zamknięte. Ze Zbąszynia pojechaliśmy do Nowego Dworu. Stamtąd ładną leśną drogą, biegnącą wzdłuż niebieskiego szlaku, dotarliśmy do Strzyżewa. Tu skręciliśmy w stronę Łomnicy. Czerwony szlak wiódł nas wzdłuż okropnej, piaszczystej drogi prawie sześć kilometrów. Miejscami musieliśmy maszerować. W Łomnicy (drewniany kościół szachulcowy na planie krzyża, murowany dwór w opłakanym stanie) część z nas porzuciła czerwony szlak i ku swemu zaskoczeniu dobrą gruntową drogą (tubulcy zapowiadali trudności), biegnącą przez lasy, dotarła do Trzciela. Reszta, bojąc się piachów, pojechała szlakiem rowerowym, częściowo pokrywającym się ze szlakiem czerwonym, do Miedzichowa, a stamtąd szosą E 30 do Trzciela. To był ostatni dzień swobody. Wieczorem pożegnaliśmy się z gospodarzami przy stole zastawionym rybami i innymi smakołykami domowej roboty.

 

Wyprawa na Pojezierze Brodnickie, czerwiec 2003 roku

Zabawiliśmy tu cztery dni. Ku naszemu zdumieniu spotkaliśmy niewielu turystów. Lasy i jeziora piękne. Przypominają Mazury. Cisza, spokój. Buszowaliśmy głównie po lasach i polach. Ale zajrzeliśmy też do Nowego Miasta Lubawskiego (koniecznie trzeba wstąpić do gotyckiego kościoła, którego niemal wszystkie ściany pokrywają malowidła, czyniąc go specjalnie mrocznym; w głównym ołtarzu Matka Boska z Dzieciątkiem, oboje w złotych szatach; w nawie głównej chorągiew Lisowszczyków z XVII w. i rzeźby apostołów), Kurzętnika (ruiny zamku krzyżackiego), Jabłonowa Pomorskiego (neogotycki pałac z drugiej połowy XIX w., obecnie jedna z siedzib Zgromadzenia Sióstr Pasterek, które chętnie oprowadzają turystów po swym niewielkim muzeum) i Brodnicy (śmieszny trójkątny rynek; trafiliśmy na wystawę malarstwa Leona Wyczółkowskiego). Mieszkaliśmy w Zbicznie w gospodarstwie leżącym u podnóża lasu. Gospodyni przywoziła nam od swoich rodziców świeże mleko, jaja i sery. Kontakt: Zbiczno, tel. (0-56) 49 392 84.

Wycieczka na Litwę - sierpień 2003

Na przełomie sierpnia i wrzesnia 2003 r. ,pojechaliśmy na Litwę a konkretnie w okolice Druskielnik ,Wilna i Trok.

Wszędzie tam można się porozumieć po polsku lub rosyjsku. Tylko raz trafiliśmy na starszych ludzi ,którzy mó-

wili wyłącznie po litewsku.

Jak mamy w zwyczaju ,nie korzystaliśmy z głównych dróg i zaraz za granicą poruszaliśmy się drogami bocznymi.

No i zaczęły się przygody. Duże miasta nie róznią się w zasadzie od naszych ,ale jak ktoś się pokusi o zjechanie

z utartych szlaków ,znajdzie się w innym świecie. To co rzuca się w oczy ,to brak pól uprawnych. Były tylko przy-

domowe ogródki i dużo kóz. Wsie i miasteczka dosyć biedne ale dużo kwiatów ,dużo malowanych na kolorowo

domów i dużo krzyży i kapliczek. Osobnym zagadnieniem sa boczne drogi. Przeważnie szutrówki ,bardzo nie-

równe ,jak tarka do prania i dają się rowerzystom dobrze we znaki. Jazda po tych drogach wymagała dużo wy-

siłku ,tak ,że pomimo dobrego jedzenia wszyscy schudliśmy.

Wilno nas zaskoczyło. Prawie całe stare miasto bło pięknie odnowione i zaczęto również odnawiać niektóre ko-

ścioły. Gdy oglądaliśmy wnętrza kościołów i czytalismy w przewodniku co w nich przedtem było ,zdalismy sobie

sprawe z ogromu zaginionego bogactwa. Nie tylko zreszta w Wilnie. Prawie wszystkie oglądane dworki czy pałace,

szczególnie po polskich magnatach ,były w bardzo opłakanym stanie. Nawet jeśli ocalały budynki ,to wnętrza były

zdewastowane albo poprzerabiane tak ,że nie przypominały stanu pierwotnego.

Jeśli ktoś chciałby zwiedzić Litwę od "zaplecza" niech sie zaopatrzy w dobre mapy. Na tych terenach ,po których

jeżdzilismy ,a przejechalismy ok. 750 km ,nie było wyznaczonych szlaków pieszych ani rowerowych.

Pomimo pewnych niedogodności ,wyprawa była bardzo interesująca i pełna wrażeń. Polecamy ,ale trzeba mieć

dość dobrą kondycję i lubić przygody.

Z ciekawych miejsc udało nam się zwiedzic : Druskielniki ,Wilno ,Troki ,Sorok Tatary ,Landwarów ,muzeum socja-

lizmu w Grutas ,Voke ,Park Centrum Europy z nowoczesnymi rzeżbami znanych artystów.

 

<< Powrót